Jesteś w: Start / Dla księży / Nowa Ewangelizacja - wywiad z biskupem Grzegorzem Rysiem

Nowa Ewangelizacja - wywiad z biskupem Grzegorzem Rysiem

Ewangelizacja zależy od modelu Kościoła. Jeśli będzie się składał z konkretnych, żywych wspólnot, to ewangelizacja się powiedzie. Ks. Blachnicki [...] pisze, że rekolekcje ewangelizacyjne wyróżnia od zwykłych to, że, ich owocem są także małe wspólnoty. To w nich dopiero wszystko staje się konkretne.



Powołanie przy Komisji Episkopatu Polski Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji, którego ks. biskup jest przewodniczącym, czy Projekt Misja Miast, który jest pretekstem do naszej rozmowy, potwierdzają, że w Polsce ruszyła nowa ewangelizacja. Czy to oznacza, że nadszedł już na to czas? Wydaje się, że pod względem wiary nadal jest u nas dużo lepiej niż w tej mitycznej, zsekularyzowanej Europie zachodniej… A może wcale nie?


Zaczęło się to dużo wcześniej. Nie dalej jak dwa dni temu czytałem referat, który ks. Blachnicki wygłosił w 1977 roku do księży w Zakopanem. Tekst dotyczył ewangelizacji w parafii. W 1979 roku Jan Paweł II w Mogile jako pierwszy w dziejach papież użył pojęcia nowej ewangelizacji. Tu, w Krakowie, nie w tej „mitycznej zsekularyzowanej Europie”. Już pod koniec lat 70, ci którzy patrzyli na Kościół z miłością ale też w prawdzie, widzieli że przyszła pora głoszenia Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego w pewnym sensie na nowo.

 

Mówił o tym ksiądz biskup w rozmowie z KAI powołując się na lineamenta tegorocznego synodu na temat nowej ewangelizacji, za Pawłem VI akcentując także wartość dialogu dla jej przebiegu. Jak taki dialog prowadzić, żeby przekazywać światu Ewangelię, ale nie dostosowywać jej do niego? Przecież ona do świata nie przystaje…

 

My się nie sprzeciwiamy światu jako takiemu. Kościół jest znakiem sprzeciwu, ale przez radykalizm miłości. Słowa Chrystusa: kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony, odnoszą się właśnie do miłości. Także względem ludzi, którzy nas atakują. Nie chodzi o wytrwanie przy swoich poglądach. Trochę jest nieporozumień, jeśli chodzi o znaczenie pojęć: „otwarty” i „zamknięty”. Otwarta postawa w Kościele polega na świadomości, że ma on misję wobec świata. Według definicji sformułowanej przez Sobór Watykański II w konstytucji Lumen gentium Kościół jest skutecznym znakiem jedności dla świata, a więc jego cel jest poza nim. Kościół nie powinien bać się świata, a raczej o losy świata. Tu nie chodzi o to, żeby chronić siebie. Paweł VI, którego Pani przywołała, napisał, że jedynym powodem istnienia Kościoła jest ewangelizacja, a nie istnienie samo w sobie. Ona oznacza wychodzenie z Ewangelią do ludzi. To jest otwartość. Chodzi o to, żeby używać pojęć „otwarty” i „zamknięty” właściwie. Otwarty to nie jest ten, kto się zgadza z przemianami w świecie. Chrześcijanin z definicji nie powinien się z nimi zgadzać, jeśli są nieprzyzwoite. Papież Jan Paweł II był hiperotwarty. A wystarczy poczytać sobie Sollicitudo rei socialis albo Christifideles laici, żeby przekonać się, jak oceniał współczesny świat. Papież bardzo ostro widział w nim zło, ale nie był zamknięty. Otwartość nie polega na tym, że się głaszcze świat po głowie, mówiąc: „tak, tak, dobrze robicie”. Kościół ostatecznie ma przez Pana Boga dane narzędzia, żeby świat i człowieka ratować od postępującej degrengolady. Jeśli Kościół tego nie zrobi, nikt już tego nie zrobi. My nie rozmawiamy w tym momencie o czymś, co jest jakimś kwiatkiem do kożucha - albo to zrobimy albo nie i wszystko będzie w porządku. Są rejony w Polsce, gdzie do kościoła chodzi 20 % ludzi, więc nie będzie dobrze jeśli nie będziemy ewangelizować, nawet jeśli są też rejony, gdzie do kościoła chodzi 70 % ludzi.

 

Jak i gdzie to robić? W parafiach?


Powinna to robić parafia, bo ostatecznie, to tam konkretyzuje się Kościół. Jeśli do człowieka dotrze się z Ewangelią, czy mówiąc po naszemu z kerygmatem, czyli z tym, co to znaczy, że Jezus umarł i zmartwychwstał, i ten człowiek stwierdzi: tak, to mnie osobiście obchodzi i ja chcę przyjąć Chrystusa, którego zabiłem i ja z nim powstaję z grobu, to trzeba osobę, która ma za sobą takie decyzje posłać do jakiejś konkretnej wspólnoty wiary - najlepiej do parafii. To jednak nie jest takie łatwe, zwłaszcza w dużych parafiach, które liczą sobie po 10-15 tysięcy ludzi, gdzie wymiar wspólnotowy jest w wielu przypadkach dość teoretyczny. We wspomnianych lineamentach podkreśla się, że ewangelizacja zależy od modelu Kościoła. Jeśli będzie się składał z konkretnych, żywych wspólnot, to ewangelizacja się powiedzie. Blachnicki, w tekście od którego wyszedłem, pisze, że rekolekcje ewangelizacyjne wyróżnia od zwykłych to, że ich owocem są także małe wspólnoty. To w nich dopiero wszystko staje się konkretne. Razem czytamy Słowo Boże, przeżywamy Eucharystię, modlimy się, także spontanicznie i za siebie nawzajem. Powstaje diakonia, a więc zaczynamy posługiwać sobie nawzajem, ale też jako wspólnota posługujemy na zewnątrz. O tym, czy takie rekolekcje się odbędą decyduje wola proboszcza, czy chce mieć potem w parafii małe wspólnoty, czy nie.

 

A zdarza się, że nie chce? Można sobie wyobrazić sytuację, w której świeccy zgłaszają proboszczowi chęć podjęcia jakiejś inicjatywy ewangelizacyjnej w parafii , na przykład rekolekcji właśnie i natrafiają na opór z jego strony…


Może tak być, i przy tej postawie proboszcza lepiej nic nie robić. Trzeba zacząć od tego, że się go przekona. Ludzie, którzy do niego przyjdą z taką inicjatywą, postawią mu pewne pytania. On sobie powinien na nie odpowiedzieć. Najpewniej osobą, która mu je zada w pierwszej kolejności będzie biskup. To nie jest tak, że świecki ma ochotę ewangelizować i robi to pomimo, że nie jest posłany. Na ewangelizację składa się żywiołowa działalność inicjatyw oddolnych, ale ona zawsze pozostaje dziełem Kościoła. To nie jest prywatny biznes. Instytucje, które się tworzą w Kościele od Watykanu, czyli od Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji, poprzez Zespół działający przy Komisji Episkopatu, aż do poszczególnych diecezji i parafii, wszystkie te ciała, mają taki sam cel: nie chodzi o to, by cokolwiek uruchamiać, ale o to przede wszystkim, by poprzeć i pokazać Kościołowi to, co istnieje. Za parafię ostatecznie zawsze odpowiada proboszcz. W Kościele na szczęście nie ma tak, że odpowiedzialność jest rozmyta. Za diecezję odpowiada biskup, za parafię proboszcz. Może mieć przy sobie rozmaite ciała doradcze. Jeśli jest roztropny, to ich słucha, ale decyzje podejmuje sam. Odpowiedzialność jest jednoosobowa. Podobnie jest, jeśli chodzi o parafie.

 

Na czym więc ma polegać program pracy z duchowieństwem, o którym czytamy w sprawozdaniu z posiedzenia rady Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji? Na zmianie myślenia?

 

Najlepiej by było, gdyby duchowni sami przeżyli rekolekcje ewangelizacyjne. W Kościele chodzi o przekaz życia: ktoś to życie w sobie odnajduje i odkrywa, i jest to dla niego takie doświadczenie, że chce się nim dzielić. Jeśli sprowadzamy wszystko do metod, struktur i jakiejś takiej zewnętrznej, kościelnej polityki to to nie ma prawa zadziałać.

Nie chodzi o to, że rozpiszemy jakiś program i każemy teraz księżom go zrealizować. Duch Święty prowadzi Kościół, popychając go coraz wyraźniej w stronę nowej ewangelizacji. Słowa poprzedniego i obecnego papieża to potwierdzają. Ale każdy się dzieli tym, czym żyje. Wtedy to ma szanse skuteczności. Też myślimy w Krakowie o poważnym wydarzeniu ewangelizacyjnym w październiku. Ale to nie może wyglądać tak, że ja powiem księżom: przyjdźcie i zróbcie ewangelizację, bo to jest ważne. Albo się spotkamy i coś razem przeżyjemy, zrozumiemy, odkryjemy, że Pan Bóg nas do tego wzywa, albo się nie uda.

 

Co zrobić, żeby ewangelizacja była skuteczna, żeby to nie był jedynie jednorazowy zryw?


Istnieje takie zagrożenie. Co roku mamy jakieś plany. Mamy rok wiary, więc wszyscy będą mówić o ewangelizacji. Co potem? Jeśli myśleć o ewangelizacji tak, że nawet gdyby to były masowe wydarzenia, to w gruncie rzeczy głoszę indywidualnemu człowiekowi kerygmat i łaska Boża sprawia, że on to przyjmuje. To tak, jak mówiłem: ja go muszę posłać do wspólnoty. Wtedy to wydarzenie przestaje być jednorazowe. Może się narażę, ale uważam, że gdyby inicjatywy ewangelizacyjne miały oznaczać tylko jednorazowe fajerwerki, to lepiej ich nie robić, bo po co? Żebyśmy mieli dobre samopoczucie, że zorganizowaliśmy imprezę masową? Nazywajmy rzeczy po imieniu. Można zrobić koncert religijny, można zrobić ważne wydarzenie kulturalne, ale nie nazywajmy tego ewangelizacją, bo jeśli wszystko będziemy robić tak, jak do tej pory, tylko nazwiemy to inaczej, wtedy uchylimy się od tego, do czego już od ponad 30 lat wzywa nas Duch Święty.

 

Rozmawiała Agata Adaszyńska-Blacha




...